BanBye

Poeta, który ocalał. Tadeusz Różewicz. Nie śmiem.

Wi
Wiersz Tygodnia

381 Widzów

249 wyświetleń · 3 lata temu

Mój miniserial pt. „Wielcy Poeci w obliczu wojny” właśnie się kończy. Jest to projekt zupełnie niezaplanowany, narodził się spontanicznie i sam do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy nakręcę następny odcinek. Kiedy uświadomiłem sobie, że przecież mamy wybitnego poetę, który w wojnie nie tylko walczył, ale też udało się mu ją przeżyć i dożyć sędziwej starości, to zrozumiałem, że lepszego momentu na przedstawienie Tadeusza Różewicza być nie może. Poeta, pisarz, scenarzysta, dramaturg.. wybitny w każdej swej odsłonie. W partyzantce AK walczył ponad rok, a ksywę miał „Satyr”. Nie uważam oczywiście, by te opisy moich recytacji były właściwym pasem transmisyjnym do szerokiego przedstawienia biografii tak wielkich mistrzów, jak Różewicz. Na jego temat napisano i wiele i bardzo mądrze. Skupię się zatem na poezji. Dla wojennego i wczesno-powojennego Różewicza charakterystyczny jest syndrom ocalonego. Naznaczenie okrucieństwem, które widział i w którym sam brał udział, z jego wierszy aż wyje i wrażliwego czytelnika rozdziera do trzewii. „Mam dwadzieścia cztery lata. Ocalałem prowadzony na rzeź” – pisał w jednym z najważniejszych wierszy pt. „Ocalony”. Sporo w tym wcześniejszym Różewiczu pytań, poszukiwań, uporczywego zastanawiania się: „dlaczego akurat ja?”. Jest tam pokusa nihilizmu, emigracji wewnętrznej, utrata wiary w Boga ale też i nieustanne Jego poszukiwanie i żal przypominający jako żywo chrystusowe "Eli, lama sabachthani?" Przyznam się, że właśnie naznaczony wojną, żeby nie powiedzieć straumatyzowany, Różewicz pasjonuje mnie najbardziej. Z tego właśnie okresu jego twórczości wybrałem dzisiejszy wiersz. Jest to krótki utwór opublikowany w tomiku „Czas, który idzie” wydanym w 1951 czyli za głębokiej stalinowskiej żydokomuny. Potem poeta coraz bardziej zanurzał się w awangardzie, a nawet szedł w kierunku postmodernizmu, którego ja osobiście nie trawię. Zauważyłem po prostu, że sztuka na siłę walcząca z tradycyjnymi formami, ostentacyjnie buntująca się przeciw klasycznej triadzie dobro-prawda-piękno zawsze robi się albo bezdennie głupia albo odrażająca. A już tak bardzo konkretnie rzecz ujmując, to przemienia się w wulgarne porno, turpizm i dziwaczną fascynację genitaliami oraz ekskrementami (nie rozwinę tego, ale przykładów mógłbym wymienić co niemiara, od satanistki Mariny Abramovic poczynając). To nie jest zarzut dla Różewicza. Jego akurat uważam za poetę, który granice przekraczał z wyczuciem. Poszerzał horyzonty, a nie przewracał stoliki kopniakiem z zabłoconego buta. To są takie moje osobiste zapatrywania. Ten syndrom ocalonego mnie po prostu strasznie fascynuje. Zwłaszcza gdy uświadamiam sobie, że najsłynniejszym człowiekiem, którego ta przypadłość dotknęła był Jezus z Nazaretu. Ewangelia dokładnie opisuje przecież „rzeź niewiniątek” z rozkazu Heroda. Ta opowieść jest opisana u św. Łukasza, który, jak wszystko na to wskazuje, swój ewangeliczny przekaz czerpał wprost od Maryi. Nie oszukujmy się, nie było to ludobójstwo na miarę rzezi wołyńskiej, bo ileż to tych pierworodnych niewiniątek mogło żyć w malutkim Betlejem? Niemniej Jezus żył ze świadomością, iż na skutek nadprzyrodzonej interwencji wymknął się z miejsca kaźni niewinnych dzieci, która to kaźń przeznaczona była właśnie dla Niego. Znów mamy zatem dowód na to, że na traumy, wątpliwości i życiowe rozterki recepta jest jedna – czytać Ewangelię i starać się naśladować Jezusa. I już zupełnie na koniec taka ciekawostka związana z dzisiejszym wierszem. Jest taki antypolski paszkwil filmowy, co się „Ida” nazywa. Tę obciachową nagrodę od… no powiedzmy że od Amerykanów… nawet to dostało. I na okładce, czy tam na plakacie do tego barachła, związany blisko z gazetą wyborczą krytyk napiał, że ten film mówi szeptem tam, gdzie inni krzyczą. Pomyślałem sobie: no głupich krytyków ma ta wyborcza, ale aforyzm całkiem zgrabny się facetowi udał. Po latach zorientowałem się jednak, ze to wcale nie było jego, tylko zostało zerżnięte z Różewicza i przedstawione jako własne. Whatever. Tak sobie odnotowuję po prostu. Dobrego tygodnia i uduchowionej końcówki Adwentu życzę.

Komentarze

1
Dodajesz komentarz jako:
SW
Stefan Wrona3 lata temu

Proponuję teraz serial Mistyczne przeżycia poetów.Zamieszczę na zachętę 'Widzenie" (Fragment) Mickiewicza Dźwięk mię uderzył.. Nagle moje ciało, Jak ów kwiat polny, otoczony puchem, Prysło, zerwane anioła podmuchem, I ziarno duszy nagie pozostało... I zdało mi się, żem się nagle zbudził Ze snu strasznego, co mnie długo trudził. I, jak zbudzony ociera pot z czoła, Tak ocierałem moje przeszłe czyny, Które wisiały przy mnie, jak łupiny W około świeżo rozkwitłego zioła. Ziemię i cały świat , co mnie otaczał, Gdzie dawniej dla mnie tyle było ciemnic , Tyle zagadek i tyle tajemnic, I nad którymi jam dawniej rozpaczał— Już w nim ujrzałem wszystko w głębi, na dnie, Jak w ciemnej wodzie, na którą blask padnie. Teraz widziałem całe wielkie może , Płynące z środka, jak ze źródła, z Boga, A w nim rozlana była światłość błoga. I mogłem latać po całym przestworze, Biegać jak promień przy Boskim promieniu Mądrości Bożej ;i w dziwnym widzeniu I światłem byłem i źrenicą razem . I w pierwszym, jednym rozlałem się błysku Nad przyrodzenia całego obrazem; W każdy punkt moje rzuciłem promienie, A w środku siebie jakoby w ognisku, Czułem od razu całe Przyrodzenie. Stałem się osią w nieskończonym kole, Sam nieruchomy, czułem jego ruchy; Byłem w pierwotnym żywiołów żywiole, W miejscu skąd wszystkie rozchodzą się duchy , Świat ruszające, same nieruchome: Jako promienie, co ze środka słońca Leją potoki lawy i gorąca , A słońce w środku stoi niewidome , I byłem razem na okręgu koła, Które się wiecznie rozszerza bez końca I nigdy Bóstwa ogarnąć nie zdoła . I dusza moja krąg napełniająca, Czułem że wiecznie będzie się rozżarzać I wiecznie będzie ognia jej przybywać; Będzie się wiecznie, rozwijać, rozpływać, Rosnąć, rozjaśniać, rozlewać się, stwarzać. I coraz mocniej kochać swe stworzenie